Zaczynałem w połowie lat dziewięćdziesiątych, w sali rehabilitacyjnej
w której nie było jeszcze ultradźwięków, tylko ręce, stół i pacjent po
urazie. Trzydzieści lat później wciąż uważam, że to wystarczające
narzędzia — pod warunkiem, że dobrze rozumiesz, co się dzieje pod
skórą zawodnika na sześćdziesiątym kilometrze biegu.
Pracowałem przy trzech igrzyskach olimpijskich i kilkunastu
mistrzostwach świata — w biathlonie, gdzie ciało musi pracować po
wystrzale tak samo dokładnie jak przed nim, oraz w hokeju, gdzie
regeneracja toczy się między tercjami. Wyjeżdżałem na sezony,
odprowadzałem zawodników na linię startu, zostawałem do późna
w hotelowych pokojach z taśmą i olejkiem.
W Giżycku prowadzę gabinet, w którym przyjmuję sportowców
i osoby, które chcą się ruszać do końca życia bez bólu. Każda
wizyta zaczyna się od rozmowy i badania. Plan terapii zawsze
ma być prosty do wytłumaczenia — bo jeżeli sam nie umiem
go wyłożyć w trzech zdaniach, to znaczy, że jeszcze go nie mam.
Pracuję rękami. Resztę robi czas i konsekwencja pacjenta.